Blog,  Ilczuk komentuje,  Ilczuk opowiada

Krótka przypowieść o tym, dlaczego zginiemy młodo i w ciemności

Mroźny, wietrzny wieczór. Zakładam adidasy, sportowy, profesjonalny strój. Nie noszę byle czego – lidl, biedronka, decathlon (z wyprzedaży). Jeszcze ulubiona plejlista w spotify, w końcu wykupiłem pakiet premium, bo skończyły się darmowe miesiące ze wszystkich kart kredytowych i mogę ruszać. Czeka mnie pompatyczna walka ze słabościami, a mój heroizm będą podziwiać mijający mnie kierowcy samochodów (no, o ile jakiś mnie minie, bo biegam późnym wieczorem). Tak sobie zawsze myślę – gdzie im tam do mnie, wożą te swoje tłuste dupska w ogrzewanych puszkach. Każdy tak potrafi. Ja tymczasem połykam kilometry asfaltowej trasy napędzany jedynie siłą moich mięśni, za darmo! I jeszcze nie zatruwam środowiska.

W sumie to uważam, że powinni mi płacić, niech będzie, że 5 zł netto za kilometr. Ciekawe, co by się stało, gdyby tak Unia Europejska wprowadziła zasiłek dla biegaczy. Ej, to jest chyba pomysł doskonały. Wyobraźcie sobie – wszyscy szczupli, w świetnej kondycji, środowisko uratowane, no i jeszcze bogaci na dodatek. Brak chorób cywilizacyjnych, złodziei samochodów (nie będzie co kraść), wypadków, kontroli drogowych, autostrad przechodzących 5 metrów od osiedla. Toż to chyba raj? Jedyny problem to upadek stacji benzynowych, bo gdzie by można było kupić wódkę w nocy? Ale w sumie biegacze nie piją, bo szkodzi na kondycję.

***

Trochę się rozmarzyłem, ale wracam do biegania. Początkowo idzie dobrze, kroki miarowo wyznaczają tempo, a ja, dla podkręcenia bojowego nastroju, puszczam sobie jessicową plejlistę na dyskotekę. Mija spokojnie drugi i trzeci kilometr, chociaż powoli dochodzi do mnie coraz mocniejszy zapach wędzonego boczku. Myślę sobie, że to dziwna sprawa, bo w sumie wędzonego boczku nie jadłem, ani też nie brałem ze sobą. Po piątym kilometrze zapach zmienia nuty na bardziej grillowe, a ja powoli zaczynam gubić drogę. Otoczenie zaciemnia się coraz bardziej, światła zupełnie przestają do mnie docierać, jakbym wbiegł prosto w mgłę, tylko taką ciemną i niepokojącą. Zaczynam się dusić, ledwo biegnę, świat wokół wiruje, czuję jak powietrze zaczyna obejmować mi gardło, ręce, nie mogę utrzymać się na nogach. Uderzam w ścianę pyłu i zaczynam się przebijać jak przez dżunglę, koszę rękami drobiny kurzu, niczym rośliny maczetą.

– Się nie martwić….urząd….zamordował – dobiega urywany głos, jakby z zaświatów.

Wpadam nagle na coś. Okazuje się, że to jakiś człowiek, podaje mi kombinezon, maskę i ochronne okulary. Wygląda bardzo dziwnie, chyba przeniosłem się w czasie.

– Proszę założyć i przejść dalej! – krzyczy – następny! – wskazuje na osobę za moimi plecami i podaje jej taki sam zestaw.

Ubieram się powoli, ograniczony widocznością i zagęszczoną atmosferą. Mozolnie zakładam kombinezon, następnie maskę, która przerzedza boczkowe powietrze. Na końcu okulary.

Wreszcie wszystko widzę! Wychodzi na to, że wylądowałem na wiecu wyborczym. Ludzie przeważnie wyglądają na szczęśliwych. Niektórzy tylko leżą na chodniku, jakby martwi, ale nikt się tym nie przejmuje. Wszyscy stojący mają takie same zestawy ochronne. Przyglądam się uważniej sylwetce stojącej na podwyższeniu – toż to Andrzej Duda! Oczom własnym nie wierzę.

– Powtórzę raz jeszcze – słyszę lekko rozproszony w gęstym powietrzu głos – proszę się nie martwić, dopóki ja pełnię w Polsce urząd prezydenta, nie pozwolę na to, aby ktokolwiek zamordował polskie górnictwo!

Jestem (ex)prawnikiem i (ex)poetą. Byłem w różnych miejscach, pisałem różne teksty. Będzie o przeszłości i przyszłości, prawdzie i kłamstwie. Jeśli chcesz, to napiszę też coś dla Ciebie.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook