Blog,  Ilczuk lirycznie,  Ilczuk opowiada

Czy z wiekiem robimy się coraz mądrzejsi, ale ubożejemy emocjonalnie?

Facebook codziennie podsuwa mi wspomnienia z poprzednich lat. Dla przykładu mogę sprawdzić, co robiłem na twarzoksiążce 16 grudnia 2011 roku, a robiłem wiele. Wiele głupiego. Aktualizowałem swoje statusy jak opętany, a każdy kolejny wnosił mniej niż poprzednie. Dzielenie się ze światem tym, że jadłem kebaba bez sosu, słuchałem właśnie super piosenki, którą teraz wszyscy muszą poznać albo udostępnianie głupich filmików (pokroju ryja w kracie) było dla mnie chlebem powszednim. 

Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, odczuwam lekkie pieczenie na policzkach, ale też po prostu się uśmiecham. Uśmiecham się trochę gorzko, bo czuję, że to już nie wypada – że być może jakiś mój potencjalny pracodawca zobaczy ryj w kracie i zwątpi w moje kompetencje? A w ogóle to co pomyślą znajomi, rodzina, przecież jestem absolwentem prawa, nie powinienem jeść chamskiego kebsa, oglądać podskakujących borsuków i po prostu pisać pierdół. Moje myślenie wynika z pewnego rozwoju, nabrania życiowej mądrości. 

Ale czy na pewno jest poprawne? Czy to może świat zamyka nas coraz mocniej, robi się coraz węższy, a my kurczymy się w jego ramach, aż w końcu nie potrafimy zrobić nawet kroku poza pewną strefę, swój mały ogródek, w którym czujemy się bezpieczni, w którym nikt nas nie oceni? Czy naturalnym procesem jest zyskiwanie wiedzy, doświadczenia wprost proporcjonalnie do ubywania emocji? A być może te emocje dojrzewają razem z nami? 

Szukając odpowiedzi na poniższe pytania, trafiłem na temat z dziedziny psychologii (a pewnie jeszcze nie wiecie, że bardzo ją lubię – na poziomie popularnonaukowym), czyli rozwijanie relacji ze swoim wewnętrznym dzieckiem. Pojęcie dziecka jako części naszej osobowości istnieje od dziesięcioleci, choćby Carl Jung pisał o nim jako boskim dziecku. Gdybym chciał całą tę teorię jak najmocniej spłycić (i pewnie upośledzić), napisałbym, że w każdym z nas siedzi sobie taki dzieciak, o którym z czasem zapominamy, nie dbamy o niego, nie bawimy się z nim, a on robi się coraz bardziej kapryśny. Tym samym, z czasem, my stajemy się zramolałymi dziadami, a nasze wewnętrzne dziecko odchodzi w zapomnienie i dostarcza nam tylko negatywnych emocji. Najlepszym wyjściem jest o nim pamiętać, wyjść na plac zabaw, zaśpiewać przez twe oczy zielone, założyć dwie różne skarpetki do garnituru, cokolwiek. 

Po prostu powinniśmy uważać, bo wszystko zmienia się powoli, a później razi nas swoją nagłością. Po prostu nie dajmy zrobić się w konia. 

Jestem (ex)prawnikiem i (ex)poetą. Byłem w różnych miejscach, pisałem różne teksty. Będzie o przeszłości i przyszłości, prawdzie i kłamstwie. Jeśli chcesz, to napiszę też coś dla Ciebie.

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook